
Wiele dramatów cierpi na źle wyważoną atmosferę, inne mają banalny scenariusz. Można mnożyć powtarzane przez filmowców błędy, ale zazwyczaj do poziomu, na którym nie wyczuwa się wyraźnych zgrzytów brakuje niewiele.
Becca i Howie to typowe małżeństwo z amerykańskich przedmieść. Duży, piętrowy dom z białym płotkiem i podjazdem na dwa samochody, wieczorne grillowanie, dobrze płatna praca. Sielanka kończy się, gdy pod kołami samochodu ginie ich czteroletni syn. Osiem miesięcy po tych tragicznych wydarzeniach nadal nie mogą pogodzić się ze stratą. Każde z nich próbuje na własny sposób pójść dalej, ale faktycznie stoją w miejscu, coraz bardziej oddalając się od siebie.
To oddalenie jest sensem całego filmu. Bohaterowie z jednej strony oddalają się od życia, jakie wiedli kiedyś, z drugiej od siebie nawzajem. Kłótnie i kłamstwa wystawiają ich miłość i małżeństwo na próbę. Mimo potencjału, jaki drzemie w temacie, który podejmuje film, jakoś nie potrafiłem dać się ponieść historii Becci i Howiego. Wprawdzie poprzeczka emocjonalnego napięcia jest postawiona wysoko, ale reżyser regularnie sam ją obniża, a nawet strąca – buduje dramatyzm sceny, a potem niszczy go jednym zdaniem włożonym w usta którejś z postaci. Widać to podczas sceny w kręgielni, gdzie po ostrej kłótni matka i siostra głównej bohaterki wymieniają zabawne uwagi. Innym przykładem jest scena, w której Howie opowiada o śmierci syna ludziom, którzy przyszli obejrzeć dom. Nie wiedziałem, czy twórcy próbują mnie poruszyć, czy rozśmieszyć. Być może próbowali odciążyć atmosferę filmu – by było mniej kameralnie, a bardziej hollywoodzko. Zabieg nie wyszedł jednak najlepiej i część scen, zamiast dramatycznego, zyskała wymiar czystej groteski.
Z drugiej jednak strony film jest dużo lepszy w momentach, gdy reżyser przestaje kombinować i pokazuje codzienność Becci i Howiego w pustym domu – ciężką atmosferę, w której trudno powiedzieć cokolwiek, poza zwykłymi, codziennymi zwrotami. Dom staje się nie do zniesienia dla głównej bohaterki, podczas gdy dla jej męża jest miejscem ,które skupia wspomnienia. Konflikt, który iskrzy między nimi na tym polu – jak pamiętać o synu, by jednocześnie ruszyć ze swoim życiem dalej - jest chyba najmocniejszym punktem filmu.
Między światami to dobry dramat, ale trzeba dać mu szansę i czas, by się rozkręcił. Niekiedy ociera się o banał, niekiedy nieco nudzi, ale z biegiem akcji nabiera spójności, by finałową sceną, w sporym stopniu, zatrzeć złe wrażenie, pozostawione przez emocjonalną niekonsekwencję niektórych momentów. Żałuję, że przez to nie potrafiłem współczuć głównym bohaterom, choć – dzięki świetnym rolom Nicole Kidman i Aarona Eckharta - byłem przekonany, że powinienem.
Między światami polecam wszystkim, którzy nie szukają lekkiego, przyjemnego kina. Wprawdzie obraz o traumie w kilku momentach traci swój dramatyczny impet, ale ostatecznie okazuje się być przyzwoicie zrobionym filmem. Choć nie powala na kolana, warto go zobaczyć.
Film można oglądać od 29 kwietnia w Kinie Helios.
Adam Zyskowski





